niedziela, 23 stycznia 2011

Z piekła rodem 2010

Po ponad rocznej przerwie, na dodatek z miesięcznym opóźnieniem, wracam na Castrum Doloris. Oczywiście, by znowu dla siebie samego (pamięć już nie ta, niestety) zrobić listę najlepszych metalowych płyt 2010 roku. Co do kolejności, to nie do końca jestem pewny, czy ma być taka, jaka jest. Z grubsza się zgadza, ale czasem bardzo trudno się zdecydować. Aha, w opisach pojawiają się czasem cytaty ze mnie samego. Sorry, leniwy jestem.
Założenie – poza listą – jest takie, że częściej będę się tu uzewnętrzniał, ale podejrzewam, że kolejny wpis zrobię za rok... Zobaczymy. Teraz najlepsi.


1. BLACKJAZZ
Shining

Indie Recordings

Tu akurat wątpliwości nie miałem – „Blackjazz” to arcydzieło. Trochę słabo, że najlepszą płytę ubiegłego roku usłyszałem na początku stycznia, ale tak widać miało być. Norwegowie prześcignęli konkurencję bez zadyszki, choć pewnie w moim szczerym wyznaniu miłości jest sporo gorliwości neofity, przyznaję. Absolutnie niekonwencjonalne połączenie jazzu, gitarowego jazgotu, black metalu i sporej dawki szaleństwa, plus fantastyczny cover „XXI Century Schizoid Man” King Crimson. Chyba nikt do tej pory nie zagrał tego lepiej. Nawet King Crimson.
Shining jest jednocześnie moją wielką porażką – nie udało mi się dotrzeć na żaden z ich ubiegłorocznych koncertów w Polsce. Mam nadzieję, że będę miał szansę to nadrobić, bo w tej chwili to zespół numer jeden do zobaczenia na żywo.

2. AFFLICTION XXIX II MXMVI
Blindead

Mystic

Trochę autopromocji: napisałem tekst do jednej z piosenek na tej płycie. To też prawdopodobnie jedyny w mojej karierze moment, w którym moje nazwisko pojawia się obok nazwiska Cormaca McCarthy'ego (nie licząc, oczywiście, ewentualnych recenzji jego książek), który zainspirował tekst innego utworu. Rzecz jasna, autorstwo jednego tekstu nie uprawniłoby mnie do umieszczenia płyty na jakiejkolwiek liście, gdyby nie był to album genialny. Mroczny, przytłaczający, intensywny, gęsty, przemyślany. Fantastycznie wydany, warto dodać. Naprawdę jestem dumny, że mogłem choć w minimalnym stopniu uczestniczyć w jego powstaniu. No i rzecz sprawdza się na koncertach – świetny występ Blindead przed Ulverem w warszawskim Palladium dowiódł tego w stu procentach.

3. NORRON LIVSKUNST
Solefald

Indie Recordings

Norwegia na liście po raz drugi i nie ostatni. Solefald poznałem, przyznaję, niedawno, a „Norron Livskunst” to krążek, który rozwalił mnie w drobny mak. Jaką muzykę mogą grać wspólnie poeta (i absolwent filozofii na paryskiej Sorbonie) oraz reporter telewizyjny? Jeśli pochodzą z Norwegii, to oczywiście black metal. Ale za to jaki. To metal wymieszany a to z jazzem, a to z rockiem. Raz brzmi jak Dimmu Borgir, raz jak Kvelertak, ale najczęściej brzmi po prostu jak Solefald. Niepowtarzalnie. Choć powinienem wyrazić nadzieję, że właśnie powtarzalnie: życzę sobie bowiem w przyszłości usłyszeć inne równie doskonałe płyty tego zespołu.

4. MASTERMIND
Monster Magnet

Napalm Records

Spora niespodzianka, bo nie oczekiwałem po Monster Magnet albumu rozkładającego na łopatki. Fajnego, tak. Solidnego, tak. Świetnego – nie. A tu proszę. Wystarczył mi kapitalny singiel „Gods and Punks”, by niecierpliwie czekać na premierę tej płyty. I na szczęście ekipa Dave'a Wyndorfa nie zawodzi. To ich najlepszy album od czasu „Powertrip”, przebojowa mieszanka stonera, psychodelii i hard rocka. Momentami zaskakująca, jak w przypadku kawałka „The Titan Who Cried Like a Baby”, który mógłby z powodzeniem znaleźć się w repertuarze Nine Inch Nails. Tak, Monster Magnet potrafi przywrócić wiarę w to, że rock jeszcze nie umarł na dobre.

5. REPTILIAN
Keep of Kalessin

Indie Recordings/Nuclear Blast

Norwegia po raz trzeci. Trumetalowcy pewnie Keep of Kalessin teraz serdecznie nienawidzą – w końcu to zespół, który startował w eliminacjach do Eurowizji, a na dodatek wystąpił wspólnie z niejakim Aleksandrem Rybakiem, czy jak mu tam. Zgoda, to obciach nad obciachami. Ale szczerze mówiąc, pierdolę to. „Repitlian” jest po prostu świetną płytą, jedną z tych, których w ubiegłym roku słuchałem najczęściej i dostarczyła mi naprawdę sporo pozytywnych emocji. .

6. ABSOLUTE DISSENT
Killing Joke

Spinefarm/Universal

Takem pisał w „Machinie”, powtórzę więc: Killing Joke podsumowuje swoją 30-letnią karierę. Na szczęście nie kolejnym składakiem z cyklu „Greatest Hits”, ale udanym albumem, pierwszym od czasu „Revelations” (1982) nagranym w oryginalnym składzie. „Absolute Dissent” to szczególna, emocjonalna płyta, także dlatego, że dedykowana zmarłemu trzy lata temu basiście Ravenowi – muzycy nie ukrywali w wywiadach, że to tragiczne wydarzenie zmieniło ich sposób myślenia o sztuce. Najwyraźniej na początek postanowili zrobić przegląda wszystkich swoich muzycznych fascynacji. Ciężkie, metalowe riffy w „This World Hell” w jednej chwili ustępują zimnym, nowofalowym brzmieniom „Endgame”, elektroniczny industrial z singlowego „European Super State” przeskakuje do mrocznego dubu w zamykającym płytę, pięknym „Ghosts of Ladbroke Grove”. Cały album aż kipi od pomysłów, jest ich tu nawet za dużo, bogactwo rozwiązań i koncepcji sprawia, że „Absolut Dissent” jest zbiorem dwunastu świetnych kawałków, ale ciężko ułożyć je w spójną całość. Co nie zmienia faktu, że Killing Joke ciągle ma w sobie tę hipnotyczną, szamańską moc.
A teraz dodam tylko, że dodatkowy plus album zarobił bonusowym krążkiem z coverami własnych piosenek nagrywanymi przez inne kapele. Wersję Metalliki znałem, ale zabiła mnie fantastyczna piosenka Nouvelle Vague. I parę innych.

7. POSEIDON
Dagoba

XIII Bis Records

Mam słabość do tego zespołu. Poprzedni album „Face the Colossus” był jedną z najciekawszych płyt 2008 roku, „Poseidon” jest jeszcze lepszy. Dużo zespołów tak gra, łącząc wściekłe, techniczne granie z groove metalem, melodyjnymi kompozycjami i wyglądem ulubieńców emo-dziewczynek (nie ma jak pomalowane paznokcie, panowie). I co z tego? Francuzi naprawdę dają radę, narzucają niewiarygodne tempa, by potem sytuację uspokoić, nieco zwolnić i znów zagrać kawałek, który sam chce się nucić. Brzmi to rewelacyjnie, musi się świetnie sprawdzać na żywo – o ile oczywiście magicy w studiu tego brzmienia za bardzo nie podkręcili. Tak czy inaczej, jeden z zespołów na liście „do zobaczenia na żywo”.

8. SPIRAL SHADOW
Kylesa

Prosthetic

Kylesa załapała się na listę rzutem na taśmę. Album ukazał się co prawda w październiku, ale ja usłyszałem go dopiero na początku tego roku. I odjechałem. Fantastyczne połączenie stonera, sludge metalu, psychodelii, punka i czego tam sobie jeszcze życzycie. Trzyma mnie ten krążek mocno cały czas, puścić nie chce. I dobrze, niech trzyma. Piękna muzyka to jest, po prostu.


9. THE ORACLE
Godsmack

Universal Republic

Niby Godsmack nagrywa ciągle tę samą płytę, niby powtarza podobne patenty, ale kupuję to w ciemno. „The Oracle” to kawałek soczystego rock'n'rolla z lekko metalowymi naleciałościami, przebojowy, dynamiczny, wpadający w ucho album. Być może najbardziej agresywny w karierze grupy, ale jednocześnie tę rockową wściekłość ładnie przełamujący choćby bluesową harmonijką w „Devil's Swing”. A i specjalne wyróżnienie należy się Sully'emu Ernie – za wokale na tym albumie i fajną solową płytę „Avalon”. Do dwudziestki by się nie załapała, ale wspomnieć należy, bo ładna i w miarę możliwości daleka od tego, co Erna robi z Godsmackiem.

10. AFTER
Ihsahn

Candlelight

Norwegia po raz czwarty i końca nie widać. Frontman Emperora kończy swoją muzyczną trylogię z impetem. Poprzednie solowe płyty Ihsahna – „The Adversary” i „angL” – były świetne, ta jest najlepsza. Black metal połączony z fantastycznymi dźwiękowymi pejzażami, progresywnym metalem, pięknem kompozycji i zaskakującym instrumentarium, jak choćby saksofon, na którym gościnnie gra Jorgen Munkeby z Shining. Rewelacja.

11. OPTION PARALYSIS
The Dillinger Escape Plan

Season of Mist

DEP coraz bardziej się uspokaja – takie można przynajmniej odnieść wrażenie po przesłuchaniu „Option Paralysis”. OK, cały czas nie brakuje tu obłąkańczych, paranoicznych, mathcore'owych połamańców, ale pojawia się też ładne, jazzowe pianino Mike'a Garsona, albo kawałek taki jak „Parasitic Twins”, który równie dobrze mógłby się znaleźć w repertuarze Massive Attack. Ben Weinman (miałem przyjemność z nim o tej płycie porozmawiać), twierdzi, że to najbardziej metalowy album w karierze Dillingera. A potem tłumaczył mi, że metal to nie muzyka, to satn umysłu, podobnie jak jazz. No, skoro tak, to rzeczywiście to najbardziej metalowa płyta DEP. A na pewno najlepsza.

12. KORN III – REMEMBER WHO YOU ARE
Korn

Roadrunner

Za wysoko? Może. Ale ta płyta była dla mnie jak powrót do przeszłości. Korn znów pracuje z Rossem Robinsonem i nagrywa najlepszy krążek od lat. Mało przebojowy, surowy, prosty, oszczędny – świetny. Akurat lubię wszystkie wcielenia grupy Jonathana Davisa, ale to przekonuje mnie tak, jak przekonywały mnie pierwsze dwie płyty Korna. Od w miarę hitowego „Oildale (Leave Me Alone)”, opartego na klasycznym kornowym riffie, po ostatnie dźwięki „Holding All These Lies”.

13. ZOMBIE EP
The Devil Wears Prada

Ferret

Nie powinno tu być tej płyty, bo to nie pełnowymiarowy album, a licząca zaledwie pięć utworów EP-ka. Trudno, przymknę oko z przynajmniej trzech powodów. Po pierwsze, zjadające swoje własne ogony zespoły metalcore'owe nowymi nagraniami najczęściej przynoszą sobie więcej wstydu niż korzyści, a jednak Devil Wears Prada wciąż daje radę i brzmi świetnie. Po drugie, kompozycyjnie i aranżacyjnie ta płyta wyrasta spośród wielu longplayów, jakie słyszałem w ubiegłym roku, a i pomysłów z niej wystarczyłoby spokojnie na całą płytę – umiar wszak jest cnotą, a DWP udało się go zachować. Po trzecie, no cóż, zombie. Cała EP-ka jest koncept albumem opisującym walkę z żywymi trupami. Jak więc mogłem nie zmieścić jej na liście?

14. OMEN
Soulfly

Roadrunner

Max Cavalera ciągle rządzi. Za każdym razem spodziewam się, że kolejna jego płyta nie wytrzyma, a ten, najpewniej z czystej złośliwości, napierdala coraz głośniej i szybciej. Może nie tak, jak w czasach wczesnej Sepultury, ale znakomicie. „Omen” to najlepszy album Soulfly. I wiem, że mówiłem to samo w przypadku „Conquer”. I w przypadku „Dark Ages”. Ale jeśli Cavalera utrzyma taką formę, to pewnie powtórzę to również przy premierze następnej płyty. Dorzucę do tego dwa koncerty Soulfly, jakie widziałem w zeszłym roku w Krakowie i Warszawie. Niby średnie, ale atmosfera niepowtarzalna. Teraz czekam na drugi krążek Cavalera Conspiracy.

15. DIAMOND EYES
Deftones

Reprise

Po tragicznym wypadku Chi McBride'a przez chwilę przyszłość Deftones stała pod znakiem zapytania. Na szczęście Chino Moreno i kumple zebrali się do kupy i postanowili działać dalej, między innymi po to, by zbierać kasę na długotrwałą i kosztowną rehabilitację przyjaciela. I już z nowym basistą nagrali piękny, mocny album. Nie tak przebojowy, jak wcześniejsze (trochę brakuje mi tu czegoś na kształt „Digital Bath”), ale mimo wszystko to muzyka z najwyższej półki. Specjalny punkt za okładkę – w zeszłym roku nikt takiej ładnej nie zrobił. Szczęśliwie ładna okładka skrywa równą sobie muzyczną zawartość.

16. AXIOMA ETHICA ODINI
Enslaved

Indie Recordings/Nuclear Blast

Norwegia po raz piąty. Enslaved nigdy nie należał do moich ulubionych kapel, ale ta płyta mnie ostatecznie przekonała, że to bardzo, bardzo dobry zespół, który potrafi przekraczać gatunkowe granice i bariery, wzbogacać swoją blackmetalową bazę o nieoczekiwanie piękne melodie, a na dodatek ma do powiedzenia więcej niż „szatan” i „zimne, norweskie powietrze”. I jak w przypadku kilku wyżej opisanych płyt, pomógł mu warszwski koncert, na którym supportował zespół z miejsca siedemnastego.

17. ABRAHADABRA
Dimmu Borgir

Nuclear Blast

Norwegia po raz szósty, ostatni. Można płyty Dimmu Borgir zaliczać do kiczowatych, czemu nie. Pompatyczne kompozycje, chóry, dużo elektroniki, cyrkowy show, komercyjne zacięcie. Ale w sumie dlaczego nie? Co z tego, że ten zespół odszedł już bardzo daleko (choć właściwie wahałbym się przed stwierdzeniem, czy naprawdę aż TAK daleko) od swoich korzeni, skoro to, co robi, robi z pasją i talentem? Kicz? Tak. Ale kupuję go hurtowo i proszę o więcej. Dużo więcej. I częściej.

18. AEALO
Rotting Christ

Season of Mist

Grecja po raz pierwszy. I ostatni, taki słaby żarcik, bo piszę to podsumowanie od kilku godzin i już mi się mózg lasuje. Rotting Christ skutecznie broni swojej pozycji na europejskiej scenie metalowej. Umiejętnie łączy black z tradycyjną muzyką bałkańską (tylko nie wyobrażajcie tu sobie Bregovicia!), elektroniką, pomysłowymi aranżacjami. Trzeba dużo odwagi, żeby nagrać metalowy cover piosenki Diamandy Galas – nawet jeśli łączy ją z zespołem etniczne pokrewieństwo. Rotting Christ to – obok Septic Flesh – najlepszy grecki muzyczny towar eksportowy. „Aealo” tego niezbicie dowodzi.

19. THE MURDER OF JESUS THE JEW
The Meads of Asphodel

Candlelight

Odważnie. Prowokacja jest zresztą wpisana w działalność brytyjskiej grupy. Już sam tytuł płyty – „The Murder of Jesus the Jew” – wystarczył, by na zespół posypały się oskarżenia o antysemityzm. Tymczasem wprost przeciwnie – album jest bezpardonowym atakiem na chrześcijaństwo jako źródło rasizmu i nienawiści. Gdy jednak zostawimy z boku kontrowersje, „The Murder...” okaże się jedną z najciekawszych muzycznych propozycji ostatnich miesięcy. The Meads of Asphodel łączy bowiem ciężar black metalu z muzyką średniowieczną, rockiem progresywnym i orientalną melodyką. Wściekłe gitarowe riffy przeplata wejściami sekcji dętej, elektronicznymi przestrzeniami, jakich nie powstydziliby się wykonawcy wytwórni 4AD albo „wyklaskiwanym” rytmem, charakterystycznym raczej dla zespołów elektropunkowych. Może to i szalone połączenie, ale bez wątpienia fascynujące.

20. HELLBILLY DELUXE 2
Rob Zombie

Roadrunner

Król makabry wrócił. „Hellbilly Deluxe 2: Noble Jackals, Penny Dreadfuls and the Systematic Dehumanization of Cool” (nie mogłem się powstrzymać przed napisaniem całego tytułu) to powrót Roba Zombiego do szalonych, ekstrawaganckich i napędzanych tandetnymi horrorami czasów pierwszej solówki. Lubiłem co prawda taką bardziej dorosłą wersję Zombiego z „Educated Horses”, ale „Hellbilly Deluxe” lubię chyba nawet bardziej. Facet jest naprawdę pomysłowy. To mi wystarcza. Plus za piosenkę o tytule „Jesus Frankenstein”. Chylę czoła.

WYRÓŻNIENIA
Płyt dobrych i bardzo dobrych słyszałem w zeszłym roku dużo, ale wszystkich do dwudziestki nawet kolanem upchnąć się nie da. Oto więc lista poleceń – niewiele gorszych od tego, co wybrałem do top 20. Uwaga, tylko jeden zespół z Norwegii, za to minął się z najlepszymi o włos (byłby na 21. miejscu). Dla odmiany trzy szwedzkie. Skandynawia rządzi. Żeby już nikogo nie krzywdzić, lista jest alfabetyczna:

Abigail William „In the Absence of Light”
Bleeding Through „Bleeding Through”
Corruption „Bourbon River Bank”
Dark Tranquility „We Are the Void”
Ektomorf „Redemption”
Fear Factory „Mechanize”
Ghost „Opus Eponymus”
Grand Magus „Hammer of the North”
Heaven Shall Burn „Invictus (Iconoclast part III)”
Kvelertak „Kvelertak”
Morowe „Piekło, labirynty, diabły”
Motorhead „The World is Yours”
Neaera „Forging the Eclipse”
Sadist „Season in Silence”

czwartek, 31 grudnia 2009

Z piekła rodem 2009

Kolejny dobry rok w metalu.
Gigantyczny sukces Behemotha (w pełni zresztą zasłużony) to wydarzenie miary historycznej, a "Evangelion" to zdecydowanie jeden z najlepszych polskich krążków dekady. Wielki powrót Alice In Chains, świetne płyty weteranów (Slayer, Samael, Napalm Death), kapitalne trochę młodszych (Lamb Of God, Baroness, Mastodon) - zresztą lista poniżej. I nie zapominajmy o znakomitych koncertach. ALice In Chains jest moim zdecydowanym faworytem, ale oprócz tego niezły Knock Out Fest, Overkill, Kreator i Soulfly na udawanej Metalmanii, Samael, Slipknot, Rammstein, że wymienię tylko kilka z tych, na które udało mi się dotrzeć. A na ilu nie byłem... Marilyn Manson, Morbid Angel, Opeth, Chimaira... Za dużo by wymieniać.
No to ku ciekawości waszej, a pmięci mojej, najlepsza dwudziestka AD 2009. Tym razem bez opisów, kto chce się dowiedzieć więcej, ten znajdzie tu i tam, co trzeba.


1. Behemoth "Evangelion"

2. Alice In Chains "Black Gives Way to Blue"

3. Slayer "World Painted Blood"

4. Caliban "Say Hello to Tragedy"

5. Samael "Above"

6. Mastodon "Crack the Skye"

7. Rammstein "Liebe ist fur alle da"

8. Lamb Of God "Wrath"

9. Baroness "Blue Record"

10. Megadeth "Endgame"

11. Chimaira "The Infection"

12. Incite "Slaughter"

13. DevilDriver "Pray for Villains"

14. Napalm Death "Time Waits for No Slave"

15. Earth Crisis "To the Death"

16. Heaven and Hell "The Devil You Know"

17. Paradise Lost "Faith Divides Us, Death Unites Us"

18. Every Time I Die "New Junk Aesthetic"

19. Proghma-C "Bar-do Travel"

20. Agoraphobic Nosebleed "Agorapocalypse"


A 2010 zapowiada się też nie najgorzej... Już słyszałem nowe płyty Roba Zombiego i Fear Factory (jest dobrze), a czekam niecierpliwie m.in. na Dark Tranquility, Anthrax, Corruption... Na dodatek na Bemowie zapowiada się koncert dekady (Metallica, Slayer, Megadeth, Anthrax, Mastodon, Behemoth), a przyjeżdżają jeszcze Katatonia, Ulver, Killing Joke, Rammstein, Crowbar... Będzie się działo.

wtorek, 26 maja 2009

Pora odpocząć, Mr. Voorhees

Średnia postów w tym roku - jeden na dwa i pół miesiąca. Nieźle. Ale zmartwychwstałem. Niczym Jason Voorhees, który swoją drogą sprawił, że zachciało mi się znowu pisać.
Nie raz już narzekałem - w różnych zresztą miejscach - na nadmiar horrorowych remake'ów. Wydawało się jednak, że w "Piątku 13" tkwi spory potencjał - zwłaszcza, że zabrał się za niego Marcus Nispel, który wcześniej nieźle sobie poradził z nową wersją "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną". Ale z Jasonem sobie nie poradził. Technicznie rzecz biorąc nie jest to remake. Akcja zaczyna się tam, gdzie kończył się oryginalny "Piątek 13". Czyli w momencie śmierci matki Jasona, która - jak pamiętamy - w pierwszym filmie wykosiła młodzież z obozu Camp Lake. Jason to widział, dorósł straumatyzowany i po latach sam zaczął zabijać. Młodzież się mimo upływu lat nie zmieniła za bardzo - jest może bogatsza, ale tak samo głupia i chutliwa. Jason takoż podobny swojej wcześniejszej wersji - zabija brutalnie, bez wyrafinowania, ot, maczeta, łuk, takie sprawy.
"Piątków 13" - wliczając "Jasona X" oraz "Freddy vs Jason" było już jedenaście. Po co nam dwunasty, tego nie wiem. O ile udało się choćby Robowi Zombie odświeżyć nieco "Halloween", udało się uniknąć skuchy Nispelowi we wspomnianej "Teksańskiej..." i generalnie parę remake'ów się sprawdziło, o tyle "Piątek 13" nie wnosi zupełnie nic nowego do serii. OK, jest lepiej i dynamiczniej zrealizowany niż oryginał. Parę kadrów robi wrażenie (głównie dla tego, że postać olbrzymiego brutala w masce hokejowej jest prosta, ale świetnie pomyślana). I niczego więcej tu nie ma.
Oglądając Nispelowy "Piątek 13" miałem to samo wrażenie, co przed laty podczas seansu fatalnej "Śmiertelnej gorączki" (czy jak to tam dystrybutor przetłumaczył) Eliego Rotha. Bohaterowie tych filmów są tak infantylni i irytujący, że naprawdę nie mogłem się doczekać, kiedy ów nieszczęsny Voorhees wszystkich zarżnie. A ciężko wysiedzieć nawet marne półtorej godziny na horrorze, którego protagoniści nie budzą choćby odrobiny sympatii.
Ciekawe, czy podobne uczucia wywoła we mnie nowy "Koszmar z ulicy Wiązów".
W ciemno obstawiam, że tak.

wtorek, 6 stycznia 2009

Bez serc, bez ducha...


Samodzielny debiut reżyserski Franka Millera jest równie pięknie sfilmowany jak głupi. Ostrzegam – wygląda naprawdę fantastycznie...

To było nie lada wyzwanie. Zrealizować film na podstawie słynnego cyklu Willa Eisnera – największej legendy amerykańskiego komiksu, patrona najważniejszej branżowej nagrody, twórcy niezapomnianych dzieł, takich jak „Umowa z Bogiem” i „Nowy Jork”. Wydawało się, że kto jak kto, ale Frank Miller (swoją drogą, laureat dwunastu nagród Eisnera) powinien temu zadaniu podołać. Niestety, „Spirit – Duch miasta” jest porażką. Co z tego, że ambitną.
Spirit (Gabriel Macht) to były policjant Danny Colt. Śmiertelnie postrzelony wraca pośród żywych (jakim cudem, to się oczywiście wraz z rozwojem akcji wyjaśni) i – dzięki współpracy z policją Central City – walczy z oprychami. Całą energię koncentruje jednak na próbach pokonania swojego odwiecznego wroga – Octopusa (Samuel L. Jackson) opętanego żądzą władzy złoczyńcy, któremu pomaga armia sklonowanych przygłupów i ponętna pani naukowiec Silken Floss (Scarlett Johansson – dodatkowa gwiazdka właśnie za to, że Miller postanowił zrobić z popularnej aktorki ikonę fetyszu, przebierając ją a to w mundur SS, a to w uniform pielęgniarki). Octopus pragnie nieśmiertelności, próbuje więc zdobyć starożytną krew Heraklesa, która zapewni mu wieczne życie i władzę. Na drodze złoczyńcy stanie nie tylko Spirit, ale i urodziwa Sand Saref (Eva Mendes) – ukochana bohatera z lat młodości, teraz poszukująca zbroi Jazona (tak, tego od wyprawy Argonautów)...
Bełkot? I to jaki, a krótkie streszczenie i tak nie oddaje wszystkiego, co się tu dzieje. Frank Miller, biorąc na warsztat klasyczne dzieło Eisnera (po raz pierwszy opublikowane w 1940 roku), nie za bardzo mógł się chyba zdecydować, czy nakręcić wystylizowany film noir wierny literze komiksu, czy raczej zaczerpnąć z niego pewne wątki i dostosować film do potrzeb współczesnej widowni. Wybrał to drugie rozwiązanie i – niestety – za bardzo puścił wodze fantazji. Potraktował wyjściowy materiał bez większego szacunku (choć pojawiają się tu odwołania także do innych komiksów Eisnera), przerobił go na swoją modłę, ale stracił przy tym niemal cały klimat obrazkowego oryginału. Całości dopełnia koncertowo fatalne aktorstwo. Jedynie Jackson najwyraźniej bawi się swoją rolą, reszta bohaterów – ze Spiritem na czele – przypomina raczej eksponaty z muzeum Madame Tussaud. Miller jako reżyser też nie sprawdził się najlepiej. Podkrada co prawda sprawdzone patenty od swoich kolegów, z którymi zrealizował „Sin City” – Roberta Rodrigueza i Quentina Tarantino – ale nie potrafi okiełznać swojej wizji, nadać bohaterom jakiegokolwiek ludzkiego oblicza, sprawić, by „Spirit” fascynował i intrygował, a nie drażnił.
Rozdarty między kinem noir, thrillerem a fantasmagoryczną groteską obraz broni się wyłącznie fenomenalną warstwą wizualną – choć i tu opiera się przede wszystkim na zapożyczeniach. „Duch miasta” przypomina więc połączenie filmowych wersji „Sin City” i „300” z dodatkiem kilku fenomenalnych ujęć wystylizowanych na kino z lat 30. Jednak ani wizualna wyobraźnia autora, ani świetna robota operatora (Bill Pope, który wcześniej pracował m.in. z braćmi Wachowskimi przy „Matriksie” oraz Samem Raimim przy „Spider-Manie”) i specjalistów od efektów specjalnych nie mogą zakryć mielizn scenariusza, bzdurnych dialogów i najnormalniej w świecie spartaczonej reżyserskiej roboty. Jakby Frank Miller zachwycony – najzupełniej zresztą słusznie – urodą kolejnych kadrów zapomniał, że w filmie ważniejsza od obrazów jest fabuła. Twórca „Sin City” chciał narysować „Spirita” po swojemu. Zrobił to świetnie. Szkoda tylko, że wcześniej nie pomyślał o tym, aby ożywienie komiksowych kadrów powierzyć jednak komu innemu.

Tekst ukaże się także w magazynie "Kultura" 9 stycznia. Plakatu z obrazka nie było w Polsce, ale za to jest ładny.

Jakiś potwór tu nadchodzi

Tak jak ponad dekadę temu Polacy masowo zaczęli pisać fantasy, tak teraz coraz częściej decydują się, by czytelników straszyć. Ostatni rok przyniósł prawdziwy wysyp dobrych polskich horrorów. Chciałoby się powiedzieć: nareszcie

Trudno o bardziej pogardzany gatunek literacki. Horror to brzydkie, ułomne dziecko literatury, które zdaniem większości krytyków (i sporej części czytelników) należałoby zamknąć w szafie i co najwyżej dokarmiać ukradkiem. Ale – jak na porządną opowieść grozy przystało – drzwi do szafy nie zawsze są dobrze domknięte… Czasem nawet najbardziej zatwardziały krytyk nie może oprzeć się pokusie, by przez te uchylone drzwi zerknąć i zbadać, co kryje się w ciemnościach.

Wczoraj
Horror nigdy nie zdetronizuje królującego od paru lat w polskiej literaturze popularnej kryminału. Jest – łagodnie rzecz ujmując – wstydliwy. Czytany ukradkiem, przyjmowany bez afirmacji, spychany na niższe księgarskie półki. Niby nie jest to w polskiej literaturze terra incognita – elementy tego, co dziś nazwalibyśmy fantastyką grozy, pojawiały się w oświeceniu, romantyzmie i modernizmie, można je znaleźć w dziełach Potockiego, Mickiewicza, Słowackiego i Leśmiana. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło twórczość Stefana Grabińskiego. Groza czaiła się nawet w miejscach najmniej spodziewanych, jak choćby w historycznych „Krzyżowcach” Zofii Kossak-Szczuckiej. Dziś – w pełni świadomie – z estetyki horroru korzystają najważniejsi twórcy literatury popularnej, od Sapkowskiego po Dukaja. Ale dopiero w ostatnich paru latach literacki horror zaistniał u nas jako pełnoprawny gatunek. Do głosu doszło pokolenie pisarzy dwudziesto-, trzydziestoparoletnich, którzy nie tylko mają do opowiedzenia ciekawe historie, ale bezczelnie wysuwają się z nimi przed szereg, wpychają się może nie na literackie salony, ale przynajmniej na listy bestsellerów, próbują zaburzyć spokój mainstreamu. Nie potrzebują niszy, którą można zagospodarować, ale szukają drogi do ekspansji. Trudne to zadanie, ale – jak się przynajmniej wydaje – wykonalne. Sukcesy książek Łukasza Orbitowskiego i Jarosława Grzędowicza są tego najlepszym dowodem.

Dziś
Orbitowski (rocznik 1977) już teraz jest – nie waham się użyć tego stwierdzenia – najważniejszym autorem w historii polskiego horroru. Owszem, na jego korzyść działa również mniej niż skromna tradycja gatunku nad Wisłą. Ale nie tylko. Dopracowana w szczegółach, wielobarwna, przełamująca konwencje proza krakowskiego pisarza doskonale broni się nawet wtedy, gdy zapomnimy o gatunkowych stereotypach. „Tracę ciepło” (2007) przeraża, ale jest jednocześnie świetnie skonstruowaną powieścią psychologiczną, a na dodatek jednym z najlepszych w polskiej literaturze opisów przemian społeczno-obyczajowych lat 80. i 90. Napisane do spółki z Jarosławem Urbaniukiem dwa tomy cyklu „Pies i klecha” łączą grozę z groteską i celną obserwacją polskiej rzeczywistości. Orbitowski jest też krytykiem, eseistą (udało mu się przy tym wyjść poza „branżowe” getto – jego teksty publikują m.in. „Lampa i iskra boża” oraz „Mówią wieki”) i okazyjnie redaktorem w wydawnictwie Red Horse, gdzie opiekuje się – oczywiście – powieściami grozy. Nawet jeśli drogę wśród tłumu pisarzy parających się w naszym kraju szeroko pojętą fantastyką musiał wyrąbać sobie kilofem, udowodnił, że można. I przede wszystkim, że warto. I to właśnie pod jego opieką redakcyjną pierwsze książki wydało w ubiegłym roku dwóch najciekawszych autorów nowej fali horroru – Jakub Małecki i Łukasz Śmigiel.
Polscy autorzy nie do końca potrafią uwolnić się spod wpływu zachodnich twórców, a te inspiracje nie zawsze im służą (taki choćby „Skarb w glinianym naczyniu” Mariusza Kaszyńskiego był niezbyt udaną próbą przeniesienia stylu Stephena Kinga w polskie realia). Podobnej pułapki nie uniknął Łukasz Śmigiel – każde z opowiadań zamieszczonych w jego debiutanckim zbiorze „Demony” nosi wyraźne piętno fascynacji anglosaskim horrorem, do tego stopnia, że akcję większości z nich autor umieścił w Stanach Zjednoczonych. Zestaw to wskutek tego dość nierówny, choć widać, że Śmigielowi nie brakuje pomysłów, a niektóre (jak kapitalne „Dekathexis”, rozgrywające się w realiach alternatywnej historii opowiadanie o zombi) aż prosiłyby się o rozwinięcie w formie powieściowej. Jego proza nie jest niczym więcej jak zgrabną grą z konwencją horroru, barwnym przeglądem wszelkiego rodzaju subgatunków grozy. Na tyle jednak obiecującym, że na jego kolejne dokonania warto czekać. Choć zdecydowanie posłużyłoby tekstom Śmigiela przeniesienie akcji w rodzime realia.

Tu i teraz
W horrorach największy niepokój budzi bowiem ingerencja Nieznanego w świat, który dobrze znamy: warszawskie blokowisko („Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego), krakowskie zaułki (Orbitowski), zakurzone i brudne ulice Katowic („Ciemność płonie” Jakuba Ćwieka; swoją drogą co za przewrotny pomysł, by katowicki Dworzec Główny, pewnie najbardziej przerażające miejsce na całym Górnym Śląsku, uczynić jedynym azylem dającym schronienie przed złem). Podobnym tropem podąża Jakub Małecki, który akcję swoich powieści umieszcza w Poznaniu. Jego pierwsza książka „Błędy” (2008) nie była wolna od, nomen omen, debiutanckich błędów, ale zwiastowała narodziny talentu. Szczęśliwie potwierdzonego „Przemytnikiem cudu”.
U Małeckiego groza wdziera się w ponure, przytłaczające życie bohaterów niepostrzeżenie. Przede wszystkim dlatego, że ich codzienność – koszmarna praca w korporacji czy opieka nad umierającą matką – bywa gorsza niż wymyślne, nadnaturalne zagrożenie. Zło przybiera w „Przemytniku cudu” różne oblicza: jest groteskowe jak grasujący w poznańskich autobusach psychopata obcinający ludziom stopy; uwodzicielskie jak tajemniczy guru Bogdan; zwyczajne i przerażające swoją bezinteresownością. Małecki udanie miesza horrorowe konwencje, z całej palety używanych motywów buduje nową miejską mitologię. Jest przy tym obdarzony dużą wizualną wyobraźnią, a niektóre jego pomysły (krwawiące ulice pokryte skórą), mogłyby się zrodzić w głowie Clive’a Barkera. Znakomicie kreśli postaci bohaterów, podsłuchuje język ulicy, udowadnia, że szara polska rzeczywistość jest idealną scenografią dla mrożących krew w żyłach opowieści. „Na to, żeby horror był w stanie funkcjonować, musi dziać się tu i teraz” – pisał we wstępie do antologii opowiadań grozy „Trupojad” Jarosław Grzędowicz. Proza Małeckiego jest tej tezy znakomitą ilustracją.

Tam i wtedy
Wyjątkowo na tym tle prezentują się ostatnie dokonania Jacka Komudy, popularnego autora powieści historyczno-przygodowych, w których fantastyka była bardziej przyprawą niż esencją. Ale już „Herezjarcha” – druga książka, której bohaterem jest Francois Villon – korzysta z konwencji horroru z całym dobrodziejstwem inwentarza. To przy tym proza erudycyjna (opisy średniowiecznego Paryża Komuda zawdzięcza pracom profesora Bronisława Geremka, którego pamięci dedykowana jest książka), swoista chanson de geste, tyle że bohaterem jest nie szlachetny rycerz, ale niepospolity rzezimieszek: złodziej, zabójca i dziwkarz. Z jednej strony Komuda pieczołowicie odtwarza realia Europy wieków średnich, z drugiej – puszcza wodze fantazji, każąc Villonowi rozwiązywać zagadki zaginionych mnichów, terminować u miejskiego kata, a nawet (notabene u boku polskich i litewskich rycerzy) walczyć z hordą żywych trupów. Więc niekoniecznie horror musi dziać się „tu i teraz”, by budzić niepokój i dreszcz emocji. Przynajmniej dopóki za robotę zabiera się pisarz taki jak Komuda, obdarzony dużą wyobraźnią i graniczącą z bezczelnością pewnością siebie.

Jutro
Na razie nic nie wskazuje, by fala wznosząca polskiego horroru miała zacząć szybko opadać. Na ten rok zapowiedziane są już premiery dwóch nowych powieści Orbitowskiego: „Święty Wrocław” i „Ciągle grzeję” (kontynuacji „Tracę ciepło”). Na debiuty wciąż czeka kilku świetnie się zapowiadających autorów, których opowiadania mogliśmy przeczytać w wydawanych w ubiegłym roku antologiach. Drzwi do szafy uchylają się coraz szerzej. Czasami warto do niej zajrzeć. Może się okazać, że chowa się tam co najwyżej kochanek żony, ale wszyscy wielbiciele horroru wiedzą, iż najczęściej czają się tam o wiele gorsze rzeczy.
Śmiało. Wypuśćcie swoje demony.

Tekst ukazał się pierwotnie w "Kulturze", dodatku do "Dziennika" z 2 stycznia.

piątek, 19 grudnia 2008

From Hell 2008

Koniec roku się zbliża nieubłaganie, pora więc podsumować to i owo. Tym razem muzyka z piekła rodem. Jak zwykle - spore mam zaległości, więc pewnie parę godnych uwagi rzeczy się tu nie znalazło. A jeśli jakiś fantastyczny album ukaże się w ciągu ostatnich dwóch tygodni roku (w co wątpię), to trudno...

1. Slipknot "All Hope Is Gone"
Wbrew tytułowi nie wolno tracić nadziei. To najlepszy album Slipknota (po "Iowa", oczywiście) i wierzę, że kolejny będzie jeszcze lepszy. A masterpiece.
Najlepsze kawałki: Gematria (The Killing Name), Psychosocial, All Hope Is Gone

2. Gojira "The Way of All Flesh"
Może trochę słabiej, niż na "From Mars to Sirius". Ale jeśli już, to tylko troszeczkę. Zdehumanizowana muzyka z duszą - jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Francuzi rządzą. A Joe Duplantier pokazał, na co go stać także na debiucie Cavalera Conspiracy.
Najlepsze kawałki: Vacuity, Esoteric Surgery

3. Heaven Shall Burn "Iconoclast"
Nowa płyta Niemców miażdży od początku do końca. Ich trzeci krążek "Antigone" był niemal metalcore'owym arcydziełem. Ten jest lepszy.
Najlepsze kawałki: Endzeit, Black Tears

4. Septic Flesh "Communion"
Może to i deathmetalowy kicz. Może za dużo tu różnych chórów, elektroniki, chwytów pod mniej wyrobioną publikę. I co z tego? Ja to kupuję bez mrugnięcia okiem.
Najlepsze kawałki: Lovecraft's Death, Babel's Gate

5. Soulfly "Conquer"
Po pierwsze, bo najmocniejsza. Po drugie, bo gościnnie pojawia się tu David Vincent. Po trzecie, bo Cavalera to jednak jest geniusz. Po czwarte, bo na bonusowym DVD jest koncert, na którym byłem. Starczy.
Najlepsze kawałki: Blood Fire War Hate, Unleash

6. Amon Amarth "Twilight of the Thunder God"
Jest battle metal. Jest death metal. I jest Amon Amarth, czyli "this is your final battle, so fight till you die, in the name of Thor motherfuckers" metal. Absolutne mistrzostwo gatunku.
Najlepsze kawałki: Twilight of the Thunder God, Tattered Banners and Bloody Flags

7. Meshuggah "obZen"
Niby ciągle to samo, a jednak ciągle w zajebistej formie. Następny album Meshuggah będzie podobny do poprzednich, ale i tak będzie dobry.

8. Cradle of Filth "Godspeed on the Devil's Thunder"
Festyniarze? Owszem. Ale płyta zajebista. Najlepsza od czasu "Midian". A poza tym Dani Filth to wbrew pozorom inteligentny koleś.
Najlepsze kawałki: Shat Out of Hell, Honey and Sulphur

9. Cavalera Conspiracy "Inflikted"
Czyli Max Cavalera po raz drugi na liście. Mocniej, brutalniej niż w Soulfly. Lepiej technicznie niż w starej Sepulturze. Ktoś jeszcze tęskni za tym zespołem?
Najlepsze kawałki: Sanctuary, Inflikted

10. Metallica "Death Magnetic"
Pewnie premiera, której najbardziej się w tym roku obawiano. Niepotrzebnie. Najlepszy album Metalliki od czasów "...And Justice For All" (okrągłe 20 lat!). I na dodatek fantastycznie sprawdza się na żywo.
Najlepsze kawałki: Broken Beat & Scarred, The Day That Never Comes

11. Blindead "Autoscopia: Murder in Phazes"
Pierwszy polski album na liście. Najlepsza polska płyta w tym roku, bez wątpienia. Nie jestem wielkim fanem - nazwijmy to - post-metalu, ale Blindead to w tym gatunku prawdziwe arcymistrzostwo. Pora podbijać Zachód, panowie.

12. Bury Your Dead "Bury Your Dead"
Metalcore jak nie metalcore. Bez niepotrzebnych ozdobników i pierdół. To nie muzyka dla emo-dzieci.
Najlepsze kawałki: Sympathy Orchestra, Infidel's Hymn

13. Virgin Snatch "Act of Grace"
Thrash pełną gębą. Niewielu w Polsce tak gra - szybko, dosadnie i na temat. Zajebista sekcja rytmiczna. W Polsce w tym roku - numer 2.
Najlepsze kawałki: Slap in the Face, It's Time

14. Bleeding Through "Declaration"
Jetem fanem BT od czasu ich pierwszej płyty. I choć wiele się nie zmienia w muzyce tej grupy, to grają to, czego oczekuję. I tym razem mnie nie zawiedli.

15. Genghis Tron "Board Up the House"
Przyznaję, najpierw usłyszałem ten album, dopiero potem dotarłem do debiutu Genghis Tron. Może dlatego "Board Up the House" bardziej mi się podoba. Wiki określa ich muzykę jako experimental grind-mathcore. Niech będzie.

16. Cor Scorpii "Monument"
Moje prywatne odkrycie - debiut z Norwegii. Pewnie sporo kapel, o których nawet nie słyszałem, gra tam podobnie. Ale "Monument" naprawdę jest OK. Jak na melodyjny black metal - rewelacja.
Najlepsze kawałki: Oske Og Innsikt, Bradger I Stein

17. Frontside "Teoria konspiracji"
Znów metalcore, tym razem po polsku. Kolejna dobra płyta Frontside, może trochę nierówna, ale bardzo porządnie nagrana i zrealizowana.
Najlepsze kawałki: Stąd do przeszłości, Spłoniesz w piekle, Zerwane więzi

18. Trivium "Shogun"
Gorzej niż ostatnio. Ale i tak - choć mało oryginalna - to pewnie w tej chwili jedna z najlepszych thrashowym kapel na świecie.

19. Shai Hulud "Misanthropy Pure"
Legenda hard core'u w dobrej formie. Pierwszy album z nowym wokalistą. dobry. I album, i wokalista.

20. Hermh "Cold Blooded Messiah"
Tego się nie spodziewałem, ale nowy album Hermh naprawdę jest świetny. Skoro Behemoth wydaje tylko EP-kę i album koncertowy (swoją drogą, oba świetne), to można posłuchać konkurencji...


A poza tym warto:
Bullet For My Valentine "Scream Aim Fire", Korpiklaani "Korven Kuningas", Destroy The Runner "I, Lucifer", Deicide "Till Death Do Us Part", Testament "The Formation of Damnation", Ihsahn "angL", Fear My Thoughts "Isolation", Motorhead "Motorizer", All Shall Perish "Awaken the Dreamers", The Haunted "Versus", Satyricon "The Age of Nero", Opeth "Watershed", Walls of Jericho "The American Dream", Angst for the Memories "Bitter Taste of Regret".

czwartek, 30 października 2008

Rzeźnik z metra rodem

„Nocny pociąg z mięsem” to kolejny dowód, że proza Clive'a Barkera zdecydowanie nadaje się do ekranizacji. Trzeba tylko trochę wyobraźni.
Krótkie opowiadanie Barkera – jedno z najciekawszych w pierwszym tomie „Ksiąg krwi” – musiało siłą rzeczy zostać rozbudowane, by udźwignąć ciężar pełnometrażowej fabuły. Główny bohater „Nocnego pociągu z mięsem” Leon (Bradley Cooper) jest więc tutaj uznanym fotografem, który – szukając tematu do kolejnego cyklu zdjęć – trafia na ślad seryjnego mordercy, z wyjątkową brutalnością zabijającego przypadkowe ofiary w nowojorskim metrze. Dzięki prywatnemu śledztwu zafascynowanego zbrodniarzem Leona okazuje się, że zabójcą jest milczący rzeźnik Mahogany (znakomity Vinnie Jones, wykorzystujący raczej swoje warunki zewnętrzne niż wątpliwy talent aktorski), a zbrodnie są w mrocznych korytarzach podziemnej kolejki regularnie popełniane od z górą stu lat.
Hollywoodzki debiut japońskiego speca od kina akcji Ryuheiego Kitamury z jednej strony jest klasycznym horrorem, nastawionym przede wszystkim na szokowanie widzów hektolitrami rozlanej krwi, z drugiej jednak korzystnie wyłamuje się z nieciekawego schematu ustanawianego ostatnio przez kolejne „Piły” i „Hostele”. Historia Leona próbującego rozwikłać niebezpieczną zagadkę Mahogany'ego jest czymś więcej niż jedynie próbą zaspokojenia niezdrowych instynktów wielbicieli filmowej grozy. To w jakimś stopniu metafora horroru jako gatunku: uporczywego poszukiwania w kinie przerażenia, niewytłumaczalnej fascynacji śmiercią i dekompozycją ciała. Scenarzyści celowo uczynili z głównego bohatera wziętego fotografa. Dzięki temu stawiają go poniekąd na równi z widzami swojego filmu, którzy – podobnie jak Leon – obserwując poczynania rzeźnika, powinni odczuwać perwersyjną satysfakcję połączoną z odrazą. Jeden z amerykańskich krytyków stwierdził, że „Pociąg...” wygląda jak „film Fritza Langa nakręcony w rzeźni” i choć to porównanie na wyrost, to jednak coś z prawdy w nim jest.
Oczywiście, wciąż jest to propozycja dla widzów o mocnych żołądkach, choć przyznać też trzeba, że – jakkolwiek głupio by to nie brzmiało – ekranowa jatka dawno nie była pokazana w tak fotogeniczny sposób.

NOCNY POCIĄG Z MIĘSEM
(Midnight Meat Train)
reż. Ryuhei Kitamura
USA 2008

Tekst w nieznacznie zmienionej formie ukazał się w dodatku „Kultura” do „Dziennika” 31 października 2008. Czyli akurat na Halloween.